WHATEVER pisze Alicja Muller ‚Teatralia’ Kraków

A JEDNAK TU POWRACASZ (MASZYNA CHOREOGRAFICZNA) Pragnienie cudu, który zbliżyłby formę teatralną do realnego życia, opętało niegdyś Tadeusza Kantora. Trzeba mu było odrzucić wszelką iluzyjność i stanąć po stronie ostentacyjnej, spotęgowanej sztuczności. Prawdziwe doświadczenie mogło się bowiem ucieleśnić tylko w swoim zaprzeczeniu – w braku, nieobecności. Stąd manekiny i atrapy. Martwa panna młoda i staruszek z rowerkiem. Pełna konwulsyjnych, rozgorączkowanych, pozbawionych roszczeń do symulowania wzniosłości istot buda jarmarczna będąca miejscem powrotu, ale i medium służącym materializacji tęsknot, myśli i fantazji. Stąd poszukiwania lustra duszy w zdegradowanym, obumierającym, niejako somnambulicznym ciele oraz próby przepisania pracy mechanizmów pamięci i wyobraźni na język zdeformowanych, groteskowych gestów. Stąd w końcu aktor-ekshibicjonista jako nagi wizerunek człowieka.

Dziwność Kantorowskich przedstawień opartych na uporczywym dążeniu do zainscenizowania intymnych dramatów wnętrz oraz dotknięcia autentycznego doświadczenia, które nie chce być pojmane w pułapkę fałszywych cudowności teatru – jak dowodzą pomysłodawcy projektu Maszyna choreograficzna – jest ważnym punktem odniesienia dla współczesnych poszukiwań choreograficznych. Szczególnie widać to tam, gdzie ciało widowiskowe ustępuje miejsca ciału doświadczającemu, a gra toczy się o uchwycenie realności. Teatr zdeformowanych kształtów i unieważnionych form, paradoksalnie, okazuje się teatrem głęboko ludzkim, wypatrującym istoty „bycia w świecie”. Wizje jego twórców bliskie są groteskowemu ujęciu cielesności – tu bowiem rządzi zasada płynnych metamorfoz. To ruch określa postać, a ta winna jawić się jako „stająca się”, niedokończona. I właśnie tak zaproszeni artyści – Joanna Leśnierowska i Janusz Orlik, Tomasz Bazan, Iza Szostak oraz Karol Tymiński – starają się przełożyć niedefiniowalny język abstrakcyjnego ducha na materialne znaki istniejące w zewnętrznej rzeczywistości.

„Whatever” – mógłby powiedzieć Tadeusz Kantor o zamkniętych w szafie postaciach ze sztuki W małym dworku. Bezwolni, a jednak popychani potrzebą opowiadania, wygadywali bzdury, a bełkot nakładał się na bełkot. Podobnie rzekłby o bohaterachWariata i zakonnicy, ponieważ tych ze sceny spychała Maszyna Unicestwiania, a dramaturgię tworzył absurd galaretowatych ciał. Tak też swoje widowisko tytułuje Tomasz Bazan – konstruktor nowej wersji sfery „wolnego dziania się”.

Groteskowa scena prezentująca sytuację nie-umawiania się ze sobą delikatnie wprowadza do poetyki absurdu, w której jest utrzymane Whatever, będące przewrotną wariacją na temat autentyczności i jej braku. Zaczyna się od teatru życia afrykańskiego. Ot, grupa bizonów, krokodyl i głodne lwy. Widok zwierzęcego cierpienia wystawiony na pokaz. Widowisko – można by rzec – dokumentalne. Lecz marna to rejestracja autentycznego doświadczenia, bo obraz rozmyty, rozdzielczość niedopasowana do wielkości ekranu. Trudno się wczuć w ów dramat, choć mamy do czynienia z historią prawdziwą. Gdyby nie akompaniament Jana Duszyńskiego, czyli soundtrack, który stał się opowieścią, i zdolność dopowiadania, nie zostałoby nic. Porażenie następuje dopiero, gdy pojawiają się nadzy tancerze. Nawet nieznośne monologi syntezatora mowy nie są w stanie przyćmić ich obecności.

Anita Wach, Anna Steller, Jan Borecki i Tomasz Bazan performują konieczność bycia w pędzie i lęk przed zatrzymaniem. Dopóki tańczą, dopóty są. Skoro mamy bohaterów będących tekstami tylko, mogą istnieć i tacy, co uobecniają się jedynie w ruchu. Tak bronią się przed śmiercią. Pot, rumieńce, dyszenie – to wszystko przytwierdza ich do sceny, czyli świata. Chaos, dowolność form, spotęgowana niespójność nie służą niczemu innemu, jak tylko manifestacji woli życia. Nie ma żadnej prawdy tańca, gest przestał funkcjonować jako komunikat. Jedyną możliwą do uchwycenia okazuje się prawda zmęczonego ciała. Nie dziwota, że na koniec głos z offu uprasza artystów o większe poszanowanie dla piękna (…)

Alicja Muller ‚Teatralia’ Kraków nr 79/2013