STATION DE CORPS pisze Tadeusz Kornaś w TEATRZE

Dla tancerza ciało jest, co oczywiste, zasadniczym środkiem wyrazu. Gdy jest się artystą, można na takiej konstatacji poprzestać i skupić się na mistrzowskim przemieszczaniu w przestrzeni, na świetnym tanecznym warsztacie; nie zastanawiać się, lecz tańczyć (co samo w sobie jest wspaniałe). Ale niektórzy mają potrzebę zadawania pytań. Spektakl Tomasza Bazana Station de Corps rozpoczynały długie sekwencje męczących, niezwykle precyzyjnie wykonywanych gestów i ruchów. Momentami nawet autodestrukcyjnych – uderzenia, uciskanie, wciskanie dłoni pod żebra. Jak chęć zaglądnięcia do wnętrza ciała, bolesne badanie swojej mechaniki. Skąd ruch? Co nim kieruje? Czy to we wnętrzu jest to coś, co powoduje, że się ruszam? Czy w ogóle jest tam coś poza mięsem? Taniec Bazana jest niezwykle fizyczny. Powtarzające się sekwencje ruchów wymagały siłowego przygotowania. Napięte mięśnie, ciało spływa potem, ale precyzja i spokój pozostają. Powtarzają się wciąż te same postawy – na przykład mężczyzny „ukrzyżowanego” czy stojącego z rozłożonymi rękami, lekko odsuniętymi od ciała na wysokości bioder, ze skierowanymi ku widzom otwartymi dłońmi. Ta fizyczność zawiera jakiś powidok sakralności.

W tanecznym (a raczej ruchowym) solo pojawiają się przełamania. Na scenę wchodzi dziewczyna w jasnej sukience. Staje naprzeciw tancerza, mocno uderzając się pięścią w piersi (jak przed chwilą Bazan). On zmierza ku niej, nie przerywając „siłowego” i precyzyjnego tańca. Napięcie, fizyczność, siła – a przed nim stojąca dziewczyna prosząca „pocałuj mnie”. Nagle jednak ten krańcowo bolesny taniec zyskuje śmieszny kontekst. Zamiast pocałunków będzie żartobliwe uderzanie się podbródkami. W innej przełamującej sekwencji wchodzi mężczyzna. Razem z Bazanem wykonują statyczne, niezwykle wolne sekwencje ruchów. Znów nieprawdopodobnie siłowe układy, oparte na precyzyjnym balansie, równowadze dwóch ciał. Przeciwdziałanie sił sprawia, że niemożliwe do zatrzymania, dynamiczne układy upadania czy wzlotu, zamknięte zostają jednak w bezruchu.

W tym obsesyjnym Station de Corps nagle Bazan zatrzymuje się i słowami opowiada ku widzom o tym, co czuje, wykonując taniec. Rozciągnięte i napięte długo ramiona, to mrowienie, ból i jego opanowanie, opanowanie drżenia mięśni… Jego opowieść o fizycznym cierpieniu jest pełna autoironii i dystansu, ale chyba prawdziwa. Mówi o tym, że najbardziej boli uderzenie w policzek, bo tam nie ma kości. I o dziwnym punkcie przekroczenia, gdy z ciałem dzieje się coś, co trudno określić. Ale to nie trwa, umyka. Zbyt długo też nie można wykonywać niektórych ruchów, bo ciało tego nie wytrzyma. Można ból przekroczyć, ale nie za daleko. Bazan opowiada o mechanice ciała, o czymś na wskroś fizycznym. Ale czy ciało to wszystko?

Zapewne nie, bo jest ciąg dalszy. Na zamykającej scenę ścianie pojawia się sfilmowana projekcja sceny Bazana z dziewczyną. Nieco zwolnione tempo, inne światło. Wszystko staje się dziwnie uduchowione, prześwietlone bezcielesnością. To, co było napięciem ciała do granic bólu, uzyskuje teraz harmonię. Jako tło muzyczne zabrzmi wielogłosowe korsykańskie Gloria in excelsis Deo. Pytania niezadane – bo Bazan opowiadał tylko o mechanice ciała – teraz wyłaniają się z całą mocą. Jakie są granice ciała? Czy jego mechanizm to tylko fizyka? Jak to się dzieje, że nagle następuje przekroczenie cielesności, coś spoza niej się wydobywa, coś nie do zwerbalizowania…

W ostatniej scenie spektaklu raz jeszcze pojawi się dziewczyna. Powtarza niektóre działania Bazana – teraz widać jak na dłoni ten ogrom wysiłku i bólu. Dziewczynie drżą mięśnie, traci równowagę. To nie z udania, bo stara się robić wszystko jak najlepiej. Ale gdy na koniec synchronicznie będą wykonywać sekwencje ruchów, jej nieumiejętność, a raczej zwyczajność, i jego perfekcyjne dopracowanie dopełnią się. Rodzi się dziwna międzyludzka harmonia ruchów. Nie na poziomie technicznym, ale wzajemnego międzyludzkiego zaufania. Jakby chłodna mistrzowska precyzja działań Bazana poddała się przed zwyczajną międzyludzką naturalnością.

Początki pracy artystycznej Bazana łączyły się z nawiązaniami do tańca butō. Teraz zostały one przekroczone – Bazan i jego Teatr Maat Projekt skupili się na specyficznym charakterze działań tancerza, posiadającym emocjonalność bliską tańca butō, ale o idiomie ruchu odzwierciedlającym bardziej polski charakter. Wydaje się, że jego taniec wynika z ruchowego doświadczenia osoby wychowanej tutaj, związanej bardziej z „tubylczą” estetyką, ale też z dylematami specyficznymi dla tego miejsca na ziemi. Ciało większości tancerzy współczesnych porzuciło duszę jako wstydliwy bądź nieistniejący balast. W tańcu Bazana zmagania przekraczające cielesność, a więc próbujące odsłonić „duszę” – ukazane jednak w sposób nad wyraz fizyczny, dosadny – wydają się istotą pracy. Ból prowokuje konieczność zajrzenia do środka ciała i spojrzenia na ciało nie tylko jak na maszynę.

Tadeusz Kornaś TEATR nr. 5 2013