DAYS FOR DANCING pisze Marta Seredyńska

Wchodzę do sali widowiskowej w Centrum Kultury w Lublinie – przestrzeni dobrze mi znanej, a jednak tym razem wykorzystanej w zupełnie inny sposób. Zostaję skierowana na scenę, gdzie siadam po raz pierwszy naprzeciwko białego ekranu, zasłaniającego krzesła widowni. Biała ściana przede mną, biała podłoga… od razu budzi jedno skojarzenie – white cube, tak dobrze mi znany z poprzednich edycji Maat Festivalu. Ta przestrzeń wywołuje pewnego rodzaju niepewność, może wydarzyć się w niej wszystko, co tylko ukryte w wyobraźni twórcy.

Przestrzeń została już jednak w pewien sposób naznaczona – na ekranie znajduje się napis: „Nie mamy nic. Musimy działać. Teraz i tutaj. Bez żadnego planu. Żywe nadchodzi wtedy” – Abraham Lincoln. Cytat wywołuje pewnego rodzaju konsternację, ale i ciekawość – co dziś pokaże nam artysta, czym zaskoczy? Musimy działać – ale co będzie tym działaniem? Bez żadnego planu – to znaczy, że to kolejny wieczór improwizacji?

Okazuje się, że nie do końca, bowiem Tomasz Bazan stworzył zwartą i spójną dramaturgicznie konstrukcję. Jednocześnie zawarł w niej motywy ze swoich poprzednich prac. Na białej podłodze czarną taśmą wyklejony zostały kontury kwadratu. Nie jest on bowiem duży – wydzielona przestrzeń wydaje się ograniczać, narzucać pewnego rodzaju ramy. Jednak to od tancerza zależy, czy podda im się, czy może będzie starał się je przekroczyć? Okazuje się jednak, że to zależy od wykonywanej sekwencji. Raz pozostaje wierny narzuconym ograniczeniom, innym razem tańczy w zupełnie innym miejscu białego „pokoju”.

Pierwszym skojarzeniem z poprzednimi pracami Bazana jest tu światło – intensywna żółć zalewa zastaną przez widzów przestrzeń, co wywołuje wspomnienia Bastionu oraz Lśnię. Nie są to jedyne „pamięciowe powroty” tego wieczoru. Wracamy bowiem do spotkań artysty z widzami, jakie miały miejsce w ramach projektu Days For Dancing. Pamiętam to spotkanie twarzą w twarz, wspólny taniec, możliwość interakcji. Okazuje się, że możliwości były tu nieograniczone: jedni chcieli, by Bazan zatańczył dla nich, inni woleli jedynie rozmowę, jeszcze inni prosili o wspólne ruchowe działania. Wszystko pod okiem Patrycji Płanik, dokumentującej filmowo każdą z konfrontacji widza z twórcą.

W performansie przygotowanym w ramach otwarcia VII edycji Maat Festivalu zaprezentowane zostały jedynie wybrane fragmenty, nie obrazujące całego projektu, który jest kontynuowany, zaplanowany jako długofalowy. Elementy wideo ukazują więc rozmowę Bazana z poszczególnymi osobami, czasem wspólny ruch, czasem tylko taniec jednego z nich. Sekwencje wideo przeplatają się tu z momentami ruchowymi (co charakterystyczne jest dla ostatnich prac Bazana), niekiedy nawiązującymi do pokazanych w nich treści – na przykład kiedy w pierwszym filmie artysta rozmawia z dziewczynką o balecie, a potem tańczy przed publicznością w baletkach. Nie jest to jednak taniec typowo klasyczny – Bazan wykonuje bardzo precyzyjne i ascetyczne ruchy, cały czas kontrolując stopy, które układa obok ciasno siebie, przemierzając przestrzeń wydzielonego kwadratu. Kolejne sceny to już jednak ruch bardziej energiczny, wprowadzające dynamizm do całej konstrukcji performatywnej.

W pewnym momencie artysta schodzi ze sceny. Po chwili widzimy go jednak na ekranie, siedzącego za nim, na widowni. Czyżby teraz role miały się odwróć? Czy twórca stanie się odbiorcą, a nam przypadnie w udziale zatańczenie przed nim? Nic podobnego, bowiem Bazan zaczyna brnąć przez opowieść o byciu artystą, o emocjach temu towarzyszących, strachu, świadomości sukcesu i porażki. Nie jest to jednak nudno przedstawiona historia – bardziej utkana ze strzępów pamięci, czasem wprawiająca w zastanowienie: na ile jest to prawda, a na ile świadoma kreacja artystyczna. Może za bardzo przerysowana jest ta scena, jednak obrazuje w pewien sposób niepokój i niepewność, jaka towarzyszy artystycznemu tworzeniu.

Nie można zapomnieć jednak, że jest to performans Tomasza Bazana i Marcina Janusa, wykonującego muzykę na żywo. Wytwarzane przez niego dźwięki nie są jedynie uzupełnieniem ruchowej materii – tworzą autonomiczną przestrzeń, w której każdy dźwięk jest wyraźny, pomaga w budowaniu dramaturgii spektaklu. Podobnie jest ze światłem – kolorystycznie podkreślającym ruchowe sekwencje, niejednolitym, łączącym różnorakie barwy.

Pojawiają się tu także odniesienia do jeszcze jednego utworu Bazana – Station de corps. W ostatniej sekwencji tancerz wychodzi bowiem jedynie w bieliźnie i zaczyna mocno opukiwać swoje ciało. Rozpoczyna od torsu, okolicy serca, przechodzi potem do barków, rąk, pośladków. Scena ta trwa tak długo, że jego ciało staje się bardzo czerwone, poobijane, doprowadzone do ekstremum. Przypomina mi to spektakl Chrisa Lauenbergera Masculinity, obejrzany niegdyś Starym Browarze w ramach Malty. Tam jednak artysta mówił o własnej męskości, jego ciało stawało się jej podkreśleniem, zaznaczeniem społecznych uwarunkowań i norm z nią związanych. Wydaje się jednak, że Bazan w Days for Dancing nie wyraża idei związanych z płciowością czy społecznymi schematami, pokazuje raczej ciało ludzkiej w jego najbardziej podstawowym wymiarze. Zbiór zaprezentowanych wcześniej sekwencji doprowadza do odarcia twórcy z kostiumu, maski i artystycznej kreacji, po to, by pokazać podstawowe narzędzie wyrażanych przez niego kwestii. „Żywe nadchodzi wtedy” – czytamy jeszcze przed rozpoczęciem performansu. Wydaje się, że mamy przed sobą właśnie ten moment

MARTA SEREDYŃSKA Lublin 11 VI 2015